wtorek, 26 sierpień 2008

Gerade aus, czyli inaczej o Games Convention

Nie byłem nigdy na żadnym expo, tym bardziej na takim, który byłby mniej lub bardziej związany z tematyką elektroniki - przyznaję się bez bicia. Byłem za to, i jestem, zapalonym fanem grania, którego serce gwałtownie przyspieszało na dźwięk trzech nazw - E3, Games Convention i Tokyo Game Show (no dobra, kiedyś był jeszcze ECTS, ale to dawno i nieprawda). Trzy wielkie święta cyfrowej rozrywki na które zjeżdżają się same szychy z branży, zwykły plebs doznaje zaszczytu zagrania w nadchodzące nowości, podczas gdy jeszcze zwyklejszy plebs (tzn. taki, który poskąpił na bilet) doznaje ekstazy śledząc pojawiające się raz po raz informacje w internecie. Taka Mekka graczy, a każden winien ruszyć swój zad przynajmniej raz w życiu by zaznać tego na własnej skórze.
W tym roku w końcu nadeszła pora i na mnie.

Jechałem niemieckimi autobahnami oczarowany relacjami z poprzednich lat, rozpływałem się we własnych marzeniach tego jak będzie zajebiście położyć łapy na Mirror's Edge'u albo nowym Falloucie. Wszystko wskazywało na to, że impreza będzie naprawdę udana i przyniesie kupę wspomnień na przyszłość. Niestety rzeczywistość skrzeczy i to dość przeraźliwie.

Pierwsze wrażenie było jak najbardziej pozytywne. Będąc jeszcze kawał drogi od celu naszym oczętom ukazały się liczne drogowskazy zachęcające do odwiedzenia Games Convention - co prawda jechaliśmy z GPSem, ale i bez niego trafić można było bez problemu za co plus dla Niemców. Przybyliśmy w piątek, chociaż nasz pierwotny zamiar zakładał też czwartek, ale pocieszaliśmy się myślą, że i tak trzy dni zabawy przed nami (co zresztą okazało się fatalną pomyłką, ale o tym za chwilę). Drugie wrażenie ciągle pozytywnie - dla zwiedzających wybudowany olbrzymi parking (szkoda, że i tak był za mały, ale o tym też za chwilę), a za nim rozciągały się wielkie hale wystawowe. Na tym w zasadzie kończą się pozytywy. Czas na kwas.

Moje pierwsze obawy wzbudziły rejestracji parkujących - SAMI Niemcy. Nie to, żebym miał coś przeciwko nim (w przeciwieństwie do moich dwóch towarzyszy :P ), problem polega na tym, że GC aspiruje od dawna do miana targów ogólnoeuropejskich, a po względnym upadku E3, także ogólnoświatowych. Byłem więc prawie pewien, że to, że impreza odbywa się na niemieckiej ziemi będzie prawie niezauważalne, a raczej zbieraninę ludzi bardzo różnych narodowości, którym zależy, żeby coś pokazać innym, niezależnie od tego skąd przyjechali. Byłem bardzo, bardzo głupi, bo, o zgrozo, to co ujrzałem dobitnie udowodniło, że Games Convention to expo od Niemców dla Niemców, a obcokrajowcy występują najwyżej w charakterze ciekawostki. Dlaczego?

Na targach mówi się tylko po niemiecku. Szprecha obsługa, porządkowi, wystawcy, developerzy, trailery, ulotki... Byłem w szoku. Guitar Hero - po niemiecku, Rock Band - po niemiecku, Blizzard - mówią po niemiecku, GOA i Warhammer - mówią po niemiecku, Razer - po niemiecku, Sony - PO NIEMIECKU, Microsoft - AAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!. LUDZIE! Ktoś tutaj sobie robi niezłe JAJA. Szczytem szczytów była pani, który po przejściu przez bramki kontrolowała torby zwiedzających i na naszą prośbę o przerzucenie się na angielski zbladła, przewróciła oczami i pokręciła nerwowo głową. WTF - co to jest, Polska? Nie mogłem też uwierzyć, że nawet takie tuzy jak Activision, które wystawiało nowego Call of Duty (swoją drogą, syf) przytaszczyło ludzi, którzy mówili wyłącznie po niemiecku, a angielszczyzną najwyżej potrafili sobie połamać język.
W całym tym burdelu bodajże jedynym świecącym punktem był NCsoft ze swoim Aionem. Panowie od obsługi nosili identyfikatory na których oznaczono w jakim języku mówią, sama gra była po angielsku, a panie odgrywające jakiegoś żenującego cosplaya na scenie także używały dialektu zrozumiałego dla większości świata.

Na dodatek to tylko wierzchołek góry lodowej problemów, z którym Lipsk się boryka. Drugim grzechem głównym jest brak miejsca i wynikające z niego chroniczne przeludnienie. Mimo, że do naszej dyspozycji było aż pięć sporych hal, to szybko okazało się, że powinno być ich co najmniej dwa razy tyle. O ile w piątek było w miarę znośnie, to sobota przywitała nas prawdziwym ZAJEBANE MORZE LUDZI. Doprawdy, brakuje mi słów by opisać co się działo - godzina w korku na autostradzie, potem miejsce parkingowe w szczerym polu i drałowanie z buta kawał drogi do wejścia a potem to już w ogóle jeden wielki LOL. Wystarczy, że powiem, że tłok urósł do rozmiarów tak niebotycznych, że poruszać się można było tylko z 'prądem', a przez niektóre miejsca przecisnąć nie można się było wcale.

Trzeci problem - kolejki i liczba standów. Wystawcy raczej nie sypnęli kasą i większość z nich miała raczej skromne stoiska. Już w czwartek do niektórych tytułów trzeba było odstać godzinę LUB DWIE by pograć pięć do dziesięciu minut (sami straciliśmy półtorej godziny czekając na World at Wara). Natomiast w piątek to ja dokładnie nie wiem czy udałoby mi się w cokolwiek zagrać nawet jakbym chciał. Po pierwsze to raczej nie udałoby mi się przecisnąć do samego ogonka, a po drugie to w rzeczonym ogonku stałbym z dwie godziny spokojnie. Porażka. Winę za taką sytuację ponoszą też sami wydawcy, nie tylko organizator. Większość boothów była zwyczajnie źle pomyślana. Źle ustawione standy, często wepchnięte pod sceny gdzie tłoczyli się ludzie podczas eventów, mała ich ilość a do tego wszechobecna ciasnota pozwalały zapomnieć o jakimkolwiek komforcie. Pochwalić muszę znowu NCsoft, a także Sony. Tych pierwszych dlatego, że użyli mózgu a nie dupy przy ustawianiu komputerów - ustawione rzędami w dużej ilości, do tego każdy z oddzielnymi słuchawkami i na dodatek w sporej odległości od centralnego podestu przy którym stała tłuszcza. Ci drudzy mieli bodaj największe lokum ze wszystkich wystawców (może poza Blizzardem), w dodatku urządzone w PIONIE, co pozwoliło wepchnąć znacznie większa ilość konsol i telewizorów. Do tego na samej górze urzędował sobie profesjonalny DJ, który sprawdzał się znacznie lepiej niż wydzierające mordę zjeby u innych.

Przy ostatnim zdaniu należy się zatrzymać na dłuższą chwilę, bo to czwarta sprawa, która przyprawiała mnie o wrzenie. Co to grab bag to chyba wie każdy - papierowa torebka dawana za darmo przez wystawcę, do której można napchać różnych giftów tj. plakaty, jakieś płyty z demówkami, smycze, koszulki i tak dalej. Niestety, ale samego grab baga było zdobyć niezwykle trudno (najwięcej rozdał NCsoft, znowu, i GOA), a same gadżety to już woła o pomstę do nieba. Mówiąc w skrócie polega to na tym, że każde stoisko miało swojego samozwańczego wodziereja który zdzierał struny głosowe chrypiąc do mikrofonu (oczywiście po niemiecku), a towarzyszące mu ładne panie rzucały pojedyncze gifty w kierunku wyciągającego histerycznie łapy tłumu. Prawie jak karmienie małpek w zoo. Naprawdę, Niemcom nie potrzeba dużo do tego, żeby zaczęli ekstatycznie cieszyć japę i krzyczeć np. "RAZER! RAZER!". Skończyło się na tym, że wróciłem do domu z pustymi rękami.

Kolejne moje zastrzeżenia to gastronomia. Tylko dwóch wystawców stanęło na wysokości zadania i oferowało swoim zwiedzającym darmowe picie. Zgadnijcie kto. Brawo, NCsoft (owocowe soczki z lodówki) i Activision (CocaCola Zero). Za resztę trzeba było słono bulić. Dodajcie do tego koszmarny ukrop w środku, brak sensownego jedzenia na miejscu (sam syf) a wychodzi kolejna wielka porażka.

Organizacja leżała i kwiczała. Panowie parkingowi wysyłali ludzi w szczere pole hen daleko od bramy podczas gdzie przy samych halach było jeszcze dużo miejsc. Wspomniany brak angielskiego. Możliwość wejścia i wyjścia na/z targów bez biletu i ogólny brak widocznego zabezpieczenia imprezy. Nie było fajnie.

Podsumowując - Games Convention to lipa jakich mało. Jeżeli rozważasz wyjazd w kategoriach takich jak ja, to zapomnij, nastoisz sie tylko jak głupi a większość czasu będziesz oglądał trailery i próbował się gdziekolwiek docisnąć. Dużo lepiej i wygodniej jest odpalić sobie GameTrailers, albo GameSpot albo IGN i na spokojnie, w domciu delektować się nowościami. Bez krzyczących wodzirejów nad uchem.

PS1. Mirror's Edge'a nie udało mi się zobaczyć. Stand promujący grę był tak śmiesznie mały, a kolejka tak przerażająco ogromna, że wymiękłem.

Ps2. Z tego, co czytam w internecie wynika, że część przeznaczona dla prasy wygląda zgoła inaczej i właśnie bardziej odpowiada moim pierwotnym wyobrażeniom - jest bardziej międzynarodowa. Reszta, otwarta dla publiczności jest robiona w zasadzie wyłącznie pod Niemców. Szkoda.

piątek, 20 czerwiec 2008

restart a po reklamie także dlaczego granie w Polsce śmierdzi moczem i starymi ludźmi cz.1

Lecimy od nowa, od początku; tym razem wakacyjnie, na luzie i miejmy nadzieję, że bez większych trudności. Ogólnie rzecz biorąc to zmieniłem koncepcję tego pierdolnika - zamiast pisać bezsensowne, nudne i mało odkrywcze recenzje opierające się głównie na młóceniu tego samego, co wcześniej lepsi ode mnie już wypocili. Zamiast może postaram się ponudzić na tematy okołogrowe, ględząc o różnych problemach, mniej lub bardziej luźno z nimi związanych. Będzie też przystępniej i krócej bo zbyt ciepło za oknem, o.

Granie w Polsce śmierdzi - ot takie bardzo, ale to bardzo odkrywcze stwierdzenie dnia codziennego. Z grubsza rzecz biorąc, to obserwując "większą połowę" Polaków bawiących się, czy to na konsolach, czy na komputerach, w mojej głowi kotłują się setki, jak to się ładnie mówi, refleksji (zarzucanie trudnymi do zrozumienia słowami jest teraz w modzie), które to refleksje po dłuższej chwili wydają z siebie odgłos przypominający donośne mlaśnięcie odbytem, rozkraczają się na podłodze i w sumie sprowadzają się do czegoś takiego:


Problem w tym, że ogromna większość rodzimych "gejmerów" składa się albo z pryszczatych nastolatków sikających w tatusiowe majtki na widok Fify, albo z kompletnych ignorantów, u których, o zgrozo, bardzo popularny jest syndrom tzw. oldskulowego hardkorowca. Reszta to przypadkowe urzędasy, który dla własnej uciechy i na złość całemu światu za fail we własnym życiu zabijają czas pykając bezcelowo w jakiegoś casuala wygrzebanego niechybnie z serwisu o sprytnej nazwie z gatunku bardzo-fajne-gry.pl.

Ta pierwsza grupa jest widoczna gołym okiem w każdym mieście, którego populacja przekracza błęd statystyczny. Wystarczy udać się do dowolnie wybranego sklepu "nie dla idiotów", albo "dla skner" ("codziennie niższe ceny" się nie nadadzą, niestety), rozejrzeć uważnie i pomknąć w kierunku działu z grami. W 90% przypadków zastaniesz tam jakże typowy obrazek - dwóch lub trzech gówniarzy, koniecznie w dresach i do tego pewnie w dżokejkach lampi się z wypiekami na swoich wykrzywionych ryjach w ekran na którym coś się dzieje, albo też nawet nie dzieje się kompletnie nic (ot obsługa nie wiedziała, że konsola na światło popierdalać może nie chcieć). Zwykle będą głośno drzeć mordy, wydawać z siebie dziewczęce piski, a także inne, Bóg raczy wiedzieć skąd pochodzące nieartykułowane odgłosy.

Zadajmy sobie teraz takie otóż retoryczne pytanie - zakładając oczywiście, że pani Halinka zakończyła operacje podłączenia cholerstwa do prądu, a potem do tiwi, a do tego jeszcze udało się jej jakimś cudem dodać działającego pada, to jaka gra może być włączona? Możliwości są tylko trzy - wyścigi, piłka nożna, albo coś gdzie jucha bryzga ruskimi strumieniami na monitor. Czyli tak na oko Fifa / PES, Gran Turismo / NFS, GTA4. Czasami zdarzyło mi się zauważyć standy do Guitar Hero, a nawet DDRa, ale zwykle świecą one pustkami, bo sposób ich obsługi jest bardziej skomplikowany niż ustawa przewiduje (czytaj - liczba wciskanych guzików przekracza preferowany u młodzieży standard iks + kursory).

Osobiście doprowadza mnie to do szału. No zaklinam się - nie ma nic gorszego niż brygada takich bęcwałów dostających rytmicznych orgazmów na okazję potrzymania padu w ręku. W takich chwilach idea sklepów internetowych wydaje się nagle niesamowicie zachęcająca (nie, żeby we wspomnianych dużych marketach był jakiś większy wybór czegoś sensownego) - tam przynajmniej mi nikt nie śmierdzi jak wybieram co włożyć do koszyka. Pomijam już, że przeraża mnie, co z nich wyrośnie za jakieś 10 lat. Cały świat będzie strzelał bramki przebiegając jednym zawodnikiem całe pole w Fifie 2020 i rozjeżdżał stare babcie GTA 10, wyjąc przy tym ze szczęścia. Ja nie do końca jestem przekonany, czy chcę dożyć takiego momentu... Nic, tylko spierdalać :P.

ciąg dalszy być możę nastąpi...