Kupiłem jakiś czas temu inFamousa w jakimś pierwszym lepszym sklepie. Zauważyłem oczywiście ryczący czerwienią znaczek na okładce "pełna polska wersja językowa". Ok, nie ma problemu. Killzone 2 też był spolszczony, ale przecież możemy sobie wybrać oryginalną, angielską ścieżkę dźwiękową, prawda?
Gówno prawda. Sony, moje Sony za któremu tak mocno dopinguje wykręciło wyjątkowo śmierdzący feler. InFamous jest po polsku, to już wiem. Problem w tym, że nie ma żadnej możliwości zmiany języka. Cole raczy nas więc wyłącznie dialektem znad Wisły ku rozpaczy i zgrzytaniu zębów. Moich.
Polonizacje to coś co na naszym rynku komputerowym występuje w zasadzie od tysiącleci. Oczywiście, w największym stopniu łapę przyłożył do tego CD Projekt, który wpadł na pomysł zatrudniania znanych i "lubianych" aktorów by ci użyczyli swoich jedwabistych głosów, które potem towarzyszyły nam w rozgrywce. W zasadzie powinienem się z tego cieszyć bo tak naprawdę na tle innych europejskich państw nie jest to wcale tak pospolite i popularne zjawisko. Często (Niemcy) lokalizacje robione są (NWN) niejako na kolanie a voice-over uskutecznia trzech losowo wybranych przechodniów.
Teoretycznie więc, myśląc torem "i tak jest lepiej niż gdzie indziej" polonizacje są fajne. Nie są. Jest dokładnie odwrotnie. Owszem, fajniejsze niż Aribeth chrypiąca przepitym głosem po niemiecku, ale to nie znaczy, że stoją na dobrym poziomie.
Zacznijmy jednak od podstaw. Jest coś takiego jak lokalizacja pełna i lokalizacja kinowa. Ta druga to po prostu pozostawienie oryginalnej ścieżki dźwiękowej i przetłumaczenie napisów. Jest to zarazem metoda, której polscy wydawcy powinni się bezwzględnie trzymać i na niej poprzestać, przynajmniej na ich obecnym stadium mentalności jeżeli chodzi o aktorów (o czym za chwilę). Taka polonizacja jest pewnego rodzaju kompromisem, który gwarantuje, że puryści (tacy jak ja) nie będą kręcić nosem na zmaltretowany voice acting a ludziom władającym angielskim uda się z zrozumieć o co chodzi jakby.
No dobrze, ale przyjrzyjmy się jednak języczkowi uwagi dzisiejszego posta, czyli pełnym lokalizacjom. Żeby zrozumieć czemu w Polsce są one na tak słabym poziomie trzeba sobie odpowiedzieć na jedno, proste pytanie - czym różni się voice acting w Polsce o tego w Stanach Zjednoczonych? Odpowiedź jest prosta. U nas nie istnieje taki zawód jak seiyuu albo voice actor. U nas, za co niech gromy niebieskie spadną na CD Projekt, stosuje się metodę wybierania znano brzmiących nazwisk zwykłych aktorów, grających na co dzień w filmach czy serialach. Nie patrzy się na to czy ktoś umie grać głosem czy nie. Nie zastanawia się czy dana barwa głosu pasuje do tej konkretnej postaci czy nie. Rezultat? Nie znam dobrej, polskiej, pełnej lokalizacji. Nie ma takiej, po prostu.
Piotr Fronczewski w każdym, cholernym RPGu (chociaż głównie obsadzany jako narrator a w tej roli akurat się sprawdza), Mirosław Baka jako Sam Fischer (Michael Ironside wysiada, normalnie), Wiktor Zborowski jako Khelgar Ironfist z NWNa 2 (BOŻE, WIDZISZ A NIE GRZMISZ), koleś od telezakupów Mango w pierwszym Far Cry'u (Jeeeeezu), losowy Buc jako Cole w inFamous (nawet nie chciało mi się sprawdzać jego nazwiska). Zresztą z facetami to jeszcze jest pół biedy. Kobiety natomiast zasługują na bardzo długie i bardzo wymowne milczenie. Nie potrafię, naprawdę, nie potrafię zrozumieć dlaczego głosów użyczają zawsze stare babsztyle? Kto słyszał jedyną kobietę w Killzonie 2 albo narzeczoną Cole'a w inFamousie, albo agentkę FBI, także (a jakże) w inFamousie ten wie o czym mówię. Skoro u nas najwyraźniej ktoś ma jakiś geriatryczny fetysz to może od razu idźmy na całość i w Dragon Age'a jako ponętną magiczkę obsadźmy Czubównę?
Nawet polski Wiedźmin brzmi zatrważająco sztucznie, płasko, bez wyrazu. Głos Triss będzie mi się śnił po nocach (GHAAAAARGHH). Nawet wychwalany przez fanów drugi Baldur miał zwalony voice over. Poza dobrym, przesterowanym Minsciem nikt, a szczególnie już żeńskie postacie (Jaheria... Viconia...) nie ma dobrze dobranego aktora. Dlaczego, np. Jan sepleni i mówi jakby gasili mu kołyskę łopatą w dzieciństwie? Czy w oryginalne jest gdziekolwiek powiedziane, że ten gnom był upośledzony umysłowo?
Na tle tego obrazu nędzy i rozpaczy jest parę lepszych punkcików. Jest Henio Talar z Icewind Dale'a II, który odwalił jako narrator iście mistrzowską robotę (to chyba mój ulubiony głos jeżeli chodzi o polonizacje). Są niektóre jednostki z Warcrafta 3 (chociaż jest też pare fatalnych z Illidanem i Arthasem na czele). Jest wspomniany już Minsc. Tyle.
Problem polonizacji boli mnie tym bardziej, że widzę naprawdę realną szansę, żeby stały one na wysokim poziomie. Recepta jest prosta. Zrezygnować ze "znanych i lubianych" i spróbować świeżej krwi. Aktorów prosto po szkołach, ludzi teatru a może nawet ludzi radia. Kogoś kto może mieć jakiekolwiek doświadczenie w modulacji głosu, kogoś kto tym cholernym głosem po prostu umie grać a nie czytać bezbarwnie tekst z kartki. Dawać szanse nowym a może w końcu i u nas pojawi się profesja voice actora, tak jak w Japonii albo USA. Oby.
Tymczasem pozostaje mi rozkoszować się przepięknym, polskim inFamousem. A EA już zapowiedziało, że Dragon Age będzie zlokalizowany w pełni. Zgadnijcie kogo zatrudnili. Nie, to nie będzie trudne.
Tak.
Fronczewski.